Wróć na bloga

Na Dzień Matki: poradnik o internecie, który możesz jej podesłać

Mam magistra z komunikacji i mediów, w marketingu pracuję od 7 lat. Znam te zagrywki z wykładów, z książek, z własnej pracy. I mimo to regularnie daję się naciągnąć na promocję w Rossmanie. To znaczy jedno: są zaprojektowane naprawdę dobrze. Wyłudzacze danych, sklepy budujące presję zakupową, algorytmy serwujące fake newsy — wszyscy działają według podobnej logiki. Wywołują emocję, skracają czas na myślenie i liczą na to, że zareagujesz zanim zdążysz się zastanowić. Z okazji Dnia Matki zebrałam w jednym miejscu mechanizmy, które najczęściej działają w sieci: na zakupach, w mediach społecznościowych, w skrzynce mailowej. Żeby łatwiej było je rozpoznać, zanim zdążą zadziałać. Dla naszych mam, ich portfeli i ich spokoju.

1. Phishing, scam i kradzież danych. Jak wyglądają w praktyce.

Phishing to wiadomość, która udaje kogoś innego. Bank, kurier, ZUS, operator telefoniczny, syn albo córka. Celem jest skłonienie do kliknięcia w link albo podania danych.

Kilka sygnałów, że coś jest nie tak:

Wiadomość wywołuje presję. „Twoje konto zostanie zablokowane w ciągu 24 godzin." „Paczka wróci do nadawcy, jeśli nie zapłacisz teraz." Presja czasowa to klasyczny mechanizm. Im bardziej pilne, tym ostrożniej.

Adres nadawcy nie pasuje do treści. Bank pisze z adresu, który wygląda jak losowy ciąg liter? Kurier wysyła SMS z linkiem skróconym do nierozpoznawalnego adresu? To sygnał.

Link prowadzi gdzie indziej niż mówi. Zanim klikniesz, możesz najechać kursorem na link i zobaczyć, dokąd faktycznie prowadzi. Na telefonie możesz przytrzymać link palcem, żeby zobaczyć pełen adres.

Proszą o dane, których nie powinni potrzebować. Bank nie pyta o hasło przez maila. Kurier nie potrzebuje numeru PESEL, żeby dostarczyć paczkę.

Jeśli masz wątpliwości: nie klikaj w link z wiadomości. Wejdź na stronę banku czy firmy ręcznie, wpisując adres w przeglądarce.

2. Sklepy, które sprzedają presję zamiast produktu.

Jest pewien typ sklepu internetowego, który warto znać. Legginsy wyszczuplające. Kremy likwidujące cellulit w dwa tygodnie. Akcesoria „znane z TikToka". Często są to produkty z marketplace'ów albo dropshippingu, sprzedawane przez sklepy, które wyglądają lokalnie, ale nie pokazują jasno, kto naprawdę stoi za sprzedażą, skąd wysyłany jest produkt i jak wygląda zwrot.

Mechanizmy, które stosują, są przewidywalne. Jeśli je znasz, trudniej na nie wpaść.

Countdown timer. „Zostało 14 minut!" Licznik odmierzający czas do końca promocji. Najczęściej resetuje się po odświeżeniu strony. Promocja nie kończy się nigdy.

Fałszywa rzadkość. „Ostatnie 3 sztuki!" przy produkcie, który jest dostępny w tysiącach.

Efekt zakotwiczenia. Widzisz cenę przekreśloną i obok niej niższą. Mózg automatycznie ocenia, czy to okazja, w stosunku do pierwszej liczby, którą zobaczył. Problem w tym, że ta pierwsza liczba mogła być wzięta z sufitu. Sklep sam ustalił „regularną" cenę po to, żeby obniżka wyglądała na atrakcyjną. Jeśli produkt kosztuje „tylko 89 zł zamiast 249 zł", warto zapytać: skąd wzięło się te 249 zł.

Social proof, czyli dowód społeczny. „10 000 zadowolonych klientów", „Bestseller tygodnia", „Inni kupili też". To jeden z najsilniejszych mechanizmów wpływu. Ludzie naturalnie ufają temu, co inni już wybrali. Sklepy to wiedzą i używają tych liczb i etykiet niezależnie od tego, czy mają pokrycie w rzeczywistości. Warto sprawdzić, czy za „10 000 klientów" stoją jakieś konkretne recenzje, czy to tylko liczba na stronie.

Opinie, które brzmią zbyt dobrze. Pięć gwiazdek, zero konkretów, te same sformułowania w każdej recenzji. Albo zdjęcia przed/po, które wyglądają jak wygenerowane komputerowo.

Efekt autorytetu. „Polecane przez dietetyków." „Jak widziałaś w telewizji." Twarz celebryty przy suplemencie diety. Autorytet sprawia, że mniej krytycznie oceniamy produkt, bo zakładamy, że ktoś kompetentny już to za nas zrobił. W praktyce celebrytka może nie wiedzieć nic o składzie kremu, który reklamuje, a „dietetyk" może być anonimową osobą bez weryfikowalnych kwalifikacji. Warto zapytać: kto konkretnie to poleca i na jakiej podstawie.

Oferty, które wymagają wydania więcej, żeby zaoszczędzić. „Wydaj 300 zł, dostaniesz 300 zł kuponu." Kupon ma warunki, których nie ma w nagłówku. Albo wygasa za dwa dni.

Jak sprawdzić sklep przed zakupem:

  • Szukaj nazwy sklepu z dopiskiem „opinie" albo „reklamacja".

  • Sprawdź, czy sklep ma polskie dane kontaktowe, NIP, adres.

  • Zajrzyj na strony takie jak Trustpilot lub Google Reviews.

  • Sprawdź, jak wygląda regulamin i polityka zwrotów. Jeśli ich nie ma albo są napisane byle jak, to sygnał.

  • Bądź uważna na sklepy, które mają same dobre opinie, być może właściciele marki usuwają te nieprzychylne. 

Najważniejsza zasada: jeśli coś jest zbyt dobre, żeby było prawdziwe, najprawdopodobniej… jest nieprawdziwe :) 

3. Fake newsy. Jak sprawdzać, zanim się udostępni.

Każdy z nas jest bombardowany informacjami. Część z nich jest fałszywa. Część jest prawdziwa, ale wyjęta z kontekstu. Część jest stara, a traktowana jak nowa.

Kilka nawyków, które pomagają:

Zatrzymaj się przed udostępnieniem. Nagłówek wywołuje silną emocję? Oburzenie, strach, niedowierzanie? To częsty sygnał, że warto sprawdzić, zanim się kliknie „udostępnij".

Wejdź głębiej niż nagłówek. Wiele osób reaguje na nagłówek, nie czytając tekstu. Treść artykułu często mówi coś innego niż sugeruje tytuł.

Sprawdź źródło. Kto to napisał? Jaka to strona? Czy jest tam informacja o redakcji? Czy inne znane media potwierdzają tę informację?

Użyj fact-checkerów. W Polsce działa Demagog (demagog.org.pl) — weryfikują twierdzenia polityków i informacje, które krążą w sieci. Sprawdź też Konkret24 od TVN.

Odwróć wyszukiwanie obrazka. Jeśli widzisz zdjęcie, które budzi emocje, możesz sprawdzić, czy nie pochodzi z innego miejsca i czasu. W Google możesz kliknąć prawym przyciskiem na zdjęcie i wybrać „Wyszukaj obraz". Na telefonie działa Google Lens.

4. Higiena cyfrowa. Social media wciągają niezależnie od wieku.

Nasze mamy nie muszą nic postować, żeby spędzać za dużo czasu w telefonie. Przewijanie, oglądanie relacji, sprawdzanie, co słychać u znajomych. Algorytmy działają tak samo bez względu na wiek użytkownika.

Kilka rzeczy, o których warto wiedzieć:

Algorytm pokazuje to, co wywołuje emocje, a nie to, co jest ważne. Treści budzące złość, lęk albo zazdrość mają większy zasięg, bo ludzie na nie reagują. To nie przypadek. Tak działają platformy zaprojektowane wokół uwagi użytkownika.

Powiadomienia są zaprojektowane, żeby ciągnąć do telefonu. Warto przejrzeć, które aplikacje mają pozwolenie na wysyłanie powiadomień i wyłączyć te, które nie są potrzebne.

Limity czasowe działają. Zarówno na Instagramie, jak i w systemowych ustawieniach telefonu można ustawić dzienny limit czasu dla konkretnych aplikacji. To nie blokada, ale przypomnienie.

Algorytm uczy się tego, przy czym zatrzymujesz się. Jeśli przez chwilę zatrzymałaś się na filmiku o czymś niepokojącym, zobaczysz więcej podobnych. Można to świadomie przestawiać, reagując i szukając treści, które faktycznie chcemy widzieć.

Nie piszę tego, żeby straszyć. Piszę, bo większość tych mechanizmów jest przewidywalna, kiedy już wiesz, jak działają. A jeśli znasz je ty, możesz spokojnie przekazać je dalej.

Wyślij ten tekst mamie. Albo usiądźcie razem i przejdźcie przez niego przy kawie, bez pouczania i straszenia. Po prostu po to, żeby łatwiej było rozpoznać moment, w którym internet próbuje nas popchnąć do zbyt szybkiej decyzji.

Dobrego Dnia Matki dla wszystkich Mam <3